Drugą część sagi czytało mi się równie szybko jak pierwszą. Pod koniec obawiałam się tylko, że wiekowy dziadek Ludwik nie zdąży zdradzić wnuczce wszystkich sekretów...
Gorzkie wspomnienia powracają, snucie smutnych opowieści przychodzi staremu człowiekowi z trudem, lecz chce opowiedzieć o wszystkim, zanim umrze. Obiecał to ukochanej osobie. Wbrew sobie przywołuje tragiczne chwile, które kładą się cieniem na drzewie genealogicznym rodu.
Na jaw wychodzą kolejne rodzinne tajemnice i pomimo, iż rzecz działa się w czasach wojennych, Magdalena bardzo emocjonalnie reaguje na wyznania seniora rodu Starkowskich.
Krewnym dziewczyny przyszło żyć, na ich nieszczęście, w bardzo "ciekawych", burzliwych czasach. Działy się rzeczy niewyobrażalne z naszego punktu widzenia.
Brutalność czasów wojny i powojnia szokuje do dziś. Wstrząsa czytelnikami a także bohaterami dramatu. Ludwik uważa się za złego człowieka, obwinia się nawet o zbrodnie domniemane, kiedy to ktoś zginął w wyniku nieprzewidzianego zbiegu okoliczności. Przecież życzył mu śmierci i spełniło się... zgorzkniały człowiek przez lata odpychał rodzinę i znajomych, gdyż miał o sobie bardzo złe zdanie. To się już raczej nie zmieni u schyłku życia. Ludwik stara się naprawić dawne krzywdy i dotrzymać danej obietnicy. Mroczne sekrety zna jednak jeszcze ktoś. Ktoś, kto nie zawaha się zrobić z tej wiedzy użytku, by zemścić się na starym wrogu...
Książka dotarła do mnie dzięki booktour organizowanemu przez Odcienie Stron. Serdecznie dziękuję za możliwość wzięcia udziału w tym wydarzeniu.
poniedziałek, 15 lipca 2019
poniedziałek, 8 lipca 2019
"Trzy razy miłość" Jolanta Kosowska
"Trzy razy miłość" to opowiedziana na trzy głosy historia miłosnego trójkąta. Dwóch mężczyzn zakochuje się w tej samej kobiecie. Niestety, ona kocha tylko jednego.
Jedna z miłości jest stała, silna, odpowiedzialna. Druga z siłą huraganu sieje chaos i zniszczenie.
Martyna nie potrafi się oprzeć namiętności, ignorując, a w najlepszym razie tolerując starania drugiego adoratora. Tego, z którym prawdopodobnie byłaby szczęśliwa.
(Nie)miłość do skończonego egoisty wciąga ją, wysysa wszystkie siły, odbiera jej własną osobowość.
Ta znajomość "przypominała historię ludzkości. Okresy kataklizmów i wojen przeplatane rozejmami i latami pokoju."
Dziewczyna wie, iż nie jest to dobre uczucie, lecz wciąż ma nadzieję, że los się odmieni. Odwołuje się do wróżby starej Cyganki, która przepowiedziała, że
Tymczasem potulny adorator Martyny, kryjący się w cieniu, gotów jest odejść, by zrobić miejsce zaborczemu egocentrykowi. Jednak partnerka tego drugiego nie odpuści tak łatwo...
Minęło wiele lat, poplątały się ścieżki, narosły nieporozumienia. Nasi bohaterowie ponownie się rozstali, lecz nie byli w stanie o sobie zapomnieć.
Wreszcie się odnaleźli. Historia trującej miłości święci swój finał wśród malowniczych krajobrazów włoskiego jeziora Garda, przy wtórze piosenki o uczuciu "co oplata jak pajęczyna, zatrzymuje i więzi już na zawsze."
Książka trafiła do mnie przez booktour Czytam dla przyjemności. Dziękuję Andżelice za możliwość wzięcia udziału w wydarzeniu.
Z pewnością sięgnę po kolejne powieści Jolanty Kosowskiej, do czego i was zachęcam.
Jedna z miłości jest stała, silna, odpowiedzialna. Druga z siłą huraganu sieje chaos i zniszczenie.
Martyna nie potrafi się oprzeć namiętności, ignorując, a w najlepszym razie tolerując starania drugiego adoratora. Tego, z którym prawdopodobnie byłaby szczęśliwa.
(Nie)miłość do skończonego egoisty wciąga ją, wysysa wszystkie siły, odbiera jej własną osobowość.
Ta znajomość "przypominała historię ludzkości. Okresy kataklizmów i wojen przeplatane rozejmami i latami pokoju."
Dziewczyna wie, iż nie jest to dobre uczucie, lecz wciąż ma nadzieję, że los się odmieni. Odwołuje się do wróżby starej Cyganki, która przepowiedziała, że
"dwie ścieżki życia ciągle przeplatają się z sobą, że zbliżają się do siebie, przez chwilę biegną razem, później znowu pędzą w dwie różne strony, żeby się znowu spotkać."... lecz przecież "prawdziwa miłość zaczyna się kiedyś i nigdy się nie kończy."Tej nadziei starają się trzymać zakochani, jednak życie plecie własne scenariusze. Z czasem w ten dramat zaangażowani zostają kolejni ludzie, ich nowi partnerzy i dzieci. Egoistyczna miłość jest skłonna zniszczyć wszystkich na swej drodze. To chore uczucie.
Tymczasem potulny adorator Martyny, kryjący się w cieniu, gotów jest odejść, by zrobić miejsce zaborczemu egocentrykowi. Jednak partnerka tego drugiego nie odpuści tak łatwo...
Minęło wiele lat, poplątały się ścieżki, narosły nieporozumienia. Nasi bohaterowie ponownie się rozstali, lecz nie byli w stanie o sobie zapomnieć.
Wreszcie się odnaleźli. Historia trującej miłości święci swój finał wśród malowniczych krajobrazów włoskiego jeziora Garda, przy wtórze piosenki o uczuciu "co oplata jak pajęczyna, zatrzymuje i więzi już na zawsze."
Książka trafiła do mnie przez booktour Czytam dla przyjemności. Dziękuję Andżelice za możliwość wzięcia udziału w wydarzeniu.
Z pewnością sięgnę po kolejne powieści Jolanty Kosowskiej, do czego i was zachęcam.
sobota, 6 lipca 2019
„Wiek cudów” Karen Thompson Walker
Lubię książki o końcu świata, pełne magii i nieznanych
stworzeń, pseudonaukowe science fiction. To, co nieznane, pociąga najbardziej.
Po do bólu prawdziwej i przejmującej smutkiem książce Jakuba
Małeckiego „Nikt nie idzie” sięgnęłam po pozycję, która miała być lżejsza.
Zastanawialiście się kiedyś co by było gdyby czas zwolnił? W
dzisiejszym zagonionym świecie wiecznie narzekamy na jego brak. Co by się
stało, gdyby ziemia zwolniła swe obroty?...
Początek był prawie niezauważalny. Na rok przed zmianą z
nieznanego powodu wyginęły pszczoły. Potem czas zaczął się rozciągać. Pierwsze
dni były dłuższe niż przewidywano zaledwie o kilka minut. Jednak to
wystarczyło, aby zaburzyć grawitację. Zaczęły masowo umierać ptaki. Spadały z
nieba na ulice jak deszcz. Nadmiernie rozpleniły się owady, pozbawione
naturalnych wrogów.
Ziemia mocniej przyciągała ciała. Sportowcy nie byli w
stanie prawidłowo grać. Rzucone przedmioty uderzały mocniej. Niektórzy ludzie
zaczęli cierpieć na „chorobę grawitacyjną”. Wstrzymano starty samolotów a
grupka astronautów utknęła na stacji kosmicznej.
Czas nadal się rozciągał…
Rozkłady jazdy pociągów ustalano na bieżąco.
Rządy ogłosiły czasem obowiązującym ten zegarowy.
Społeczeństwo podzieliło się na zwolenników znanego od
wieków „czasu zegarowego” i nowego „czasu prawdziwego”, wyznaczanego przez
wschody i zachody słońca, następujące teraz o całkiem innych porach. Trudno
było się dostosować. Zaburzony został rytm dobowy.
„W ciągu kilku pierwszych tygodni czasu zegarowego sprzedaż
leków nasennych gwałtownie wzrosła. (…) Sprzedaż alkoholu i papierosów także
wzrosła. (…) wprowadzenie czasu zegarowego oznaczało początek doskonałego
okresu dla sprzedawców narkotyków. Miejskie wydziały policji donosiły o
gwałtownym wzroście cen wszystkiego, co jest w stanie zwalić człowieka z nóg.”
„Prawdziwoczasowcy” porzucali miasta i tworzyli własne,
niezależne kolonie, gdzie mogli żyć po swojemu. Niektórzy porzucali czas
zegarowy ze względów religijnych. Nie brakowało też fanatyków różnego rodzaju.
Pojawiło się pytanie o tempo starzenia: czy organizmy
zwolenników „czasu prawdziwego” zareagują inaczej? Według jakiego czasu będzie
odsiadywał karę przestępca?
Klimat oszalał, temperatury osiągały ekstrema: „Za każdym
razem, gdy pojawiło się słońce, prażyło dłużej. Dżdżownice skwierczały na
werandach. Stokrotki więdły na rabatach.” Z kolei „w ciągu dwudziestogodzinnej
nocy powietrze robiło się zimne jak woda na dnie jeziora.”
Zamarzały owoce w sadach, tworzono specjalne biosfery, w których
mogły przetrwać najważniejsze zboża. Naukowcy nie byli w stanie przewidzieć
długoterminowych skutków spowolnienia.
„Wykryto zmiany w prądach oceanów. Lodowce topniały szybciej
niż dotychczas.” Zmieniły się pływy morskie. Ocean zalał posiadłości gwiazd,
leżące tuż nad wybrzeżem.
Długie dni miały negatywny wpływ na ludzką psychikę,
„nieustanne światło słoneczne doprowadzało niektórych ludzi do szaleństwa.” Po
ulicach snuli się somnambulicy, zwiększyła się liczba samobójstw, ludzie stali
się bardziej impulsywni i skłonni do nieprzemyślanych działań. W tym szalonym
świecie niektórzy wciąż ozdabiali w święta choinkę i świętowali Sylwestra… w
środku dnia.
Noce i dnie wciąż się wydłużały. W Kalifornii spadł śnieg. Zorza polarna była widziana ze środka kontynentu. Nastąpiła seria trzęsień ziemi. W końcu pojawiły się niebezpieczne burze słoneczne, zabójcze promieniowanie.
Historia opowiedziana jest z punktu widzenia nastoletniej dziewczynki, która przeżywa pierwszą miłość, pierwsze rozczarowania i rozstania.
Podobał mi się styl autorki, miejscami bardzo poetycki. Ładnie się kończył ten świat. Być może zostaną po nim tylko słowa odciśnięte na chodniku przez parę nastolatków: "Byliśmy tu"...
wtorek, 2 lipca 2019
"Sekrety i kłamstwa" Sylwia Trojanowska
Książka Sylwii Trojanowskiej trafiła do mnie przez instagramowy booktour, organizowany przez Odcienie Stron. Cieszę się, że mogłam uczestniczyć w tym wydarzeniu.
Powieść napisana jest lekkim językiem, szybko się czyta.
Pierwsza część tej sagi rodzinnej wprowadza nas w historię starszego pana, Ludwika, i jego wnuczki, Magdaleny. Kolejne rozdziały odkrywają pomału długo skrywane tajemnice.
Magda, przez dziadka pieszczotliwie nazywana Dusią, wraca po osiemnastu latach do rodzinnego domu. Kobieta dochodzi do siebie po przeżytej tragedii. Niechętnie zwraca się do mężczyzny, który niegdyś ją odepchnął. Poznaje wstrząsające historie z czasów wojny, dzięki czemu dziadek ponownie staje się jej bliski. Spotyka także pewnego fascynującego sąsiada. Między młodymi ludźmi pojawia się uczucie, jednak, jak to zwykle w takich powieściach bywa, pojawiają się komplikacje i następuje dramatyczny zwrot akcji.
Trzeba przyznać, że stary Ludwik ma wprawę w zastawianiu pułapek i tkaniu intryg, z czego nie rezygnuje do końca. Magdalena po raz kolejny okazuje się być pionkiem w jego grze.
Książka wciągnęła mnie od pierwszych stron, wstrząsnęły mną wojenne wspomnienia Ludwika, zaciekawił wątek miłosny. Jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Na szczęście w moją stronę zmierza druga część sagi, także z booktour'u.
Powieść napisana jest lekkim językiem, szybko się czyta.
Pierwsza część tej sagi rodzinnej wprowadza nas w historię starszego pana, Ludwika, i jego wnuczki, Magdaleny. Kolejne rozdziały odkrywają pomału długo skrywane tajemnice.
Magda, przez dziadka pieszczotliwie nazywana Dusią, wraca po osiemnastu latach do rodzinnego domu. Kobieta dochodzi do siebie po przeżytej tragedii. Niechętnie zwraca się do mężczyzny, który niegdyś ją odepchnął. Poznaje wstrząsające historie z czasów wojny, dzięki czemu dziadek ponownie staje się jej bliski. Spotyka także pewnego fascynującego sąsiada. Między młodymi ludźmi pojawia się uczucie, jednak, jak to zwykle w takich powieściach bywa, pojawiają się komplikacje i następuje dramatyczny zwrot akcji.
Trzeba przyznać, że stary Ludwik ma wprawę w zastawianiu pułapek i tkaniu intryg, z czego nie rezygnuje do końca. Magdalena po raz kolejny okazuje się być pionkiem w jego grze.
Czy zawiedziona po raz kolejny przez bliską jej sercu osobę ponownie zdobędzie się na wybaczenie? Jak wiele razy można dawać kolejną szansę? Przecież "żadne sekrety, ani żadne kłamstwa nie są w stanie zbudować dobrego związku." Z drugiej strony "nie warto wszystkiego przekreślać tak od razu, na gorąco. Jeśli nie spróbujesz choćby wysłuchać tej drugiej strony, to być może do końca życia będziesz zastanawiała się nad tym, jaka była prawda."To poważny dylemat, z którym musi poradzić sobie Magdalena. Podjęcie decyzji ułatwiają jej niespodziewane zdarzenia...
Książka wciągnęła mnie od pierwszych stron, wstrząsnęły mną wojenne wspomnienia Ludwika, zaciekawił wątek miłosny. Jestem ciekawa jak potoczą się dalsze losy bohaterów. Na szczęście w moją stronę zmierza druga część sagi, także z booktour'u.
piątek, 28 czerwca 2019
"Gra, w której żyjemy" Piotr Kelar
"Gra, w której żyjemy" trafiła do mnie przez instagramowy booktour organizowany przez Książkowe Wino. Tomik liczy zaledwie około 100 stron, więc jest do połknięcia w dwie godziny.
Spodziewałam się powieści science-fiction, tymczasem trafiłam na pseudonaukowe rozważania, przywodzące na myśl film "Matrix".
Autor sugeruje, iż znana nam rzeczywistość może być jedynie matrycą gry komputerowej a my - awatarami graczy. Powołując się na pojedyncze fakty naukowe, istniejące głównie w teorii fizyki kwantowej, Piotr Kelar twierdzi jakoby nasz świat był jedynie cieniem na ścianie platonowskiej jaskini.
Pisarz zachęca czytelnika do poszukiwania w najbliższym otoczeniu dowodów na potwierdzenie wysuniętej tezy. Przytoczone przykłady jednak nie przekonały mnie do prawdziwości tej historii.
Niemniej książka może stanowić ciekawy punkt wyjścia dla powieści lub filmu science-fiction.
Biorąc pod uwagę szybkość rozwoju technologii komputerowych, istnieje możliwość, iż za kilka -naście, - dziesiąt lat gry rozszerzonej rzeczywistości będą niemożliwe do odróżnienia od realnych przeżyć. Opowiadał o tym jeden z ostatnich odcinków serialu "Czarne lustro".
"Gra..." to ciekawa pozycja, którą przeczytałam jednak z przymrużeniem oka. Akapity poświęcone pozytywnemu myśleniu przypomniały mi new age'owski szał panujący parę lat temu na punkcie "Sekretu" Rhondy Byrne. Wstyd przyznać, lecz sama na jakiś czas uległam tej filozofii. Jakież by to było wygodne: wymarzyć sobie własny świat nie ruszając się z fotela...
Autor zachęcił mnie do sięgnięcia po inne opracowania dotyczące zagadnień fizyki kwantowej, między innymi Stephena Hawkinga. Z chęcią dowiem się więcej na ten temat, choć nie czuję się ani trochę wytworem umysłu gracza. Z pewnością utwierdza mnie w przekonaniu o istnieniu w rzeczywistym świecie fakt, że po przewróceniu się na chodnik starte kolano puchnie i boli jak najprawdziwiej. Pizza też smakuje bardzo realistycznie.
Może wieczorem pogram w Simsy.
Spodziewałam się powieści science-fiction, tymczasem trafiłam na pseudonaukowe rozważania, przywodzące na myśl film "Matrix".
Autor sugeruje, iż znana nam rzeczywistość może być jedynie matrycą gry komputerowej a my - awatarami graczy. Powołując się na pojedyncze fakty naukowe, istniejące głównie w teorii fizyki kwantowej, Piotr Kelar twierdzi jakoby nasz świat był jedynie cieniem na ścianie platonowskiej jaskini.
Pisarz zachęca czytelnika do poszukiwania w najbliższym otoczeniu dowodów na potwierdzenie wysuniętej tezy. Przytoczone przykłady jednak nie przekonały mnie do prawdziwości tej historii.
Niemniej książka może stanowić ciekawy punkt wyjścia dla powieści lub filmu science-fiction.
Biorąc pod uwagę szybkość rozwoju technologii komputerowych, istnieje możliwość, iż za kilka -naście, - dziesiąt lat gry rozszerzonej rzeczywistości będą niemożliwe do odróżnienia od realnych przeżyć. Opowiadał o tym jeden z ostatnich odcinków serialu "Czarne lustro".
"Gra..." to ciekawa pozycja, którą przeczytałam jednak z przymrużeniem oka. Akapity poświęcone pozytywnemu myśleniu przypomniały mi new age'owski szał panujący parę lat temu na punkcie "Sekretu" Rhondy Byrne. Wstyd przyznać, lecz sama na jakiś czas uległam tej filozofii. Jakież by to było wygodne: wymarzyć sobie własny świat nie ruszając się z fotela...
Autor zachęcił mnie do sięgnięcia po inne opracowania dotyczące zagadnień fizyki kwantowej, między innymi Stephena Hawkinga. Z chęcią dowiem się więcej na ten temat, choć nie czuję się ani trochę wytworem umysłu gracza. Z pewnością utwierdza mnie w przekonaniu o istnieniu w rzeczywistym świecie fakt, że po przewróceniu się na chodnik starte kolano puchnie i boli jak najprawdziwiej. Pizza też smakuje bardzo realistycznie.
Może wieczorem pogram w Simsy.
wtorek, 25 czerwca 2019
"Teatr pod białym latawcem" Ilona Gołębiewska
W międzyczasie wpadła mi w ręce książka Ilony Gołębiewskiej. To moje pierwsze spotkanie z twórczością tej autorki, lecz z pewnością nie ostatnie.
Tytułowy teatr pod białym latawcem to miejsce schronienia
dla dzieci i młodzieży pokrzywdzonej przez los. To miejsce, w którym osoby
niepełnosprawne mogą realizować swoje pasje, rozwijać kreatywność i spełniać
marzenia.
Główna bohaterka, Zuza Widawska, niegdyś nieustępliwa dziennikarka,
zalicza wpadkę stulecia i wypada z obiegu. Z wilczym biletem od dawnego
pracodawcy dziewczyna ma trudności ze znalezieniem pracy. Wreszcie zatrudnia
się w pisemku kobiecym, gdzie produkuje porady dla kur domowych. Jak łatwo się
domyślić nie jest to jej wymarzona praca. W dodatku traci chłopaka i majątek.
Zmuszona sprzedać piękny apartament ląduje w zapyziałej klitce, w otoczeniu
ekscentrycznych sąsiadów.
Przez przypadek rozpoznaje w starszej kobiecie mieszkającej
piętro wyżej byłą diwę teatralną. Dzięki temu spotkaniu Zuzka wpada na pomysł wywiadu dla "Kobiety takiej jak ty". Przez Elenę Nilsen dziennikarka poznaje również jej podopiecznych - ubogie dzieci, dla których była aktorka prowadzi nieodpłatnie warsztaty teatralne oraz piecze pyszne ciasteczka.
Po nitce do kłębka Widawska trafia do podupadającego teatru na Woli, w którym ma odbyć się Festiwal Magicznych Nut, organizowany przez Fundację Złotych Serc.
Teatr to miejsce, w którym łączą się losy wszystkich bohaterów dramatu: jego dyrektora i aktorów, podopiecznych fundacji, Zuzy, Eleny oraz biznesmena Jakuba Bilewicza.
Bohaterowie powieści muszą poradzić sobie z osobistymi dramatami i podjąć trudne decyzje. Nie mogę zdradzić zakończenia tej historii, nie chcąc psuć wam niespodzianki.
Tematyka poruszona przez Ilonę Gołębiewską jest mi szczególnie bliska, ponieważ od paru lat wraz z grupą wspaniałych kobiet angażuję się w działalność charytatywną na Kiermaszu Dobrej Książki - wspierającym chore dzieci na Facebook'u. Zapraszam na naszą stronę i gorąco zachęcam do przeczytania książki.
wtorek, 4 czerwca 2019
"Miłość na walizkach" Małgorzata Kalicińska
Małgorzata Kalicińska stworzyła piękną bajkę o życiu, które daje drugą szansę.
Marianna jest kobietą w średnim wieku, która pozornie ma już wszystko za sobą: straciła pracę, rozwiodła się z mężem a jej syn mieszka za granicą. Teoretycznie już nic ciekawego nie powinno jej się przytrafić u schyłku życia. Tymczasem, czystym przypadkiem, poznaje na ulicy mężczyznę, w którym odnajduje początkowo przyjaciela, bratnią duszę, a z czasem... miłość.
Wspólnie zwiedzają świat, dzięki jego pracy nie mają problemów finansowych. Bajka.
Kto nie chciałby tak żyć? Niewielu jest to dane.
Autorka bardzo plastycznie opisuje zagraniczne wojaże, ich klimat, zapach i smak. Przywołuje młodzieńcze marzenia o podróżach, które zwykle weryfikuje czas.
Powieść opisana jest gawędziarskim językiem, dużo tu kolokwializmów, dzięki czemu czytając czujemy się jak gdybyśmy słuchali opowieści przyjaciółki.
"Miłość na walizkach" to kontynuacja losów sympatycznej Marianny, którą poznajemy we wcześniejszych tomach: "Lilka" i "Trzymaj się, Mańka!".
"Lilka" to jedna z najsmutniejszych książek, jakie w życiu przeczytałam. Opowieść Mańki jest za to optymistyczna, lecz trochę nudnawa, jak to starość. Mimo wszystko przeczytałam z zaciekawieniem historię dojrzałego romansu, bo tego jest w literaturze polskiej niewiele. To także gawęda o spełnianiu pragnień:
Marianna jest kobietą w średnim wieku, która pozornie ma już wszystko za sobą: straciła pracę, rozwiodła się z mężem a jej syn mieszka za granicą. Teoretycznie już nic ciekawego nie powinno jej się przytrafić u schyłku życia. Tymczasem, czystym przypadkiem, poznaje na ulicy mężczyznę, w którym odnajduje początkowo przyjaciela, bratnią duszę, a z czasem... miłość.
Wspólnie zwiedzają świat, dzięki jego pracy nie mają problemów finansowych. Bajka.
Kto nie chciałby tak żyć? Niewielu jest to dane.
Autorka bardzo plastycznie opisuje zagraniczne wojaże, ich klimat, zapach i smak. Przywołuje młodzieńcze marzenia o podróżach, które zwykle weryfikuje czas.
Powieść opisana jest gawędziarskim językiem, dużo tu kolokwializmów, dzięki czemu czytając czujemy się jak gdybyśmy słuchali opowieści przyjaciółki.
"Miłość na walizkach" to kontynuacja losów sympatycznej Marianny, którą poznajemy we wcześniejszych tomach: "Lilka" i "Trzymaj się, Mańka!".
"Lilka" to jedna z najsmutniejszych książek, jakie w życiu przeczytałam. Opowieść Mańki jest za to optymistyczna, lecz trochę nudnawa, jak to starość. Mimo wszystko przeczytałam z zaciekawieniem historię dojrzałego romansu, bo tego jest w literaturze polskiej niewiele. To także gawęda o spełnianiu pragnień:
”Trzeba mieć marzenia, bo to one nadają życiu sens. Bo jak się ma marzenie, pojawia się projekt, to się kreśli plan i stąd już krok do realizacji”
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)







