sobota, 24 października 2026

Radosław Jeż "Wierzba"

Tytuł: "Wierzba"

Autor: Radosław Jeż

Wydawnictwo: Lava

Ilość stron: 402

Data wydania: 18-03-2026

Moja ocena: 8/10

 

„Wierzbę” Radosława Jeża trudno jednoznacznie sklasyfikować. Początkowo powieść przypomina historię obyczajową o tajemniczym mężczyźnie, który przybywa do wioski zamieszkanej niemal wyłącznie przez kobiety. Szybko jednak opowieść nabiera rumieńców, przeradzając się w coraz odważniejszą, zmysłową grę, by z czasem odsłonić również sensacyjne i fantastyczne oblicze. Ta mieszanka sprawia, że trudno przewidzieć, w jakim kierunku podąży fabuła.

Atmosferę tajemnicy budują stary kościół z figurą, która zdecydowanie odbiega od wizerunków znanych świętych, oraz budzący niepokój ksiądz. Duchowny potępia związek Adama z dwiema kobietami, choć sam bohater zdaje się nie mieć większych oporów przed takim układem. Chętnie pomaga płci pięknej, a jeszcze chętniej przyjmuje oznaki jej wdzięczności. Jak widać, nie wszyscy muszą przestrzegać tych samych zasad!

Od początku zwróciło moją uwagę to, że niemal każda napotkana przez Adama przedstawicielka płci pięknej błyskawicznie traciła dla niego głowę, a przy okazji również bieliznę. Trudno nie odnieść wrażenia, że takie reakcje są mało naturalne. W pewnym momencie zaczęłam się nawet zastanawiać, czy za niezwykłym powodzeniem bohatera nie stoją jakieś siły nieczyste. W końcu w tej historii niczego nie można być pewnym, a granica między tym, co przyziemne, a tym, co nadprzyrodzone, okazuje się wyjątkowo cienka.

Z czasem sielska z pozoru wieś przestaje być miejscem, w którym największym problemem są miłosne perypetie mieszkańców. Pojawiają się opryszkowie polujący na jedną z dziewczyn, tajemnicza sprawa zaginionego chłopca oraz legenda, która może wyjaśnić, dlaczego w okolicy brakuje mężczyzn. Na szczęście nasz bohater dysponuje umiejętnościami, które przydają się w sytuacjach, gdy sama odwaga i dobre chęci nie wystarczają, by wyjść cało z opresji.

„Wierzba” ma w sobie coś, co przyciąga i zachęca do dalszego czytania. Dużym atutem jest język Radosława Jeża. Autor pisze w sposób przyjemny i swobodny, dzięki czemu przez kolejne strony się płynie. Nie wszystkie rozwiązania fabularne przekonały mnie w równym stopniu, ale nie odebrało mi to przyjemności z lektury.

Mam jednak poczucie, że zakończenie pozostawiło mnie z pewnym niedosytem. Niby na sam koniec bogini puszcza oko do czytelnika, sugerując, że za wydarzeniami kryje się jeszcze coś więcej, ale to jej postać okazała się dla mnie najciekawsza, dlatego żałuję, że nie została mocniej zarysowana wcześniej.

Mimo tych zastrzeżeń bawiłam się przy tej książce naprawdę dobrze. Jeśli lubicie nieoczywiste historie, wiejskie tajemnice, odrobinę erotyki i szczyptę zjawisk nadprzyrodzonych, „Wierzba” może okazać się ciekawą propozycją. 


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Przemysław Nowakowski "Śmierć w cieniu wulkanu"

Tytuł: "Śmierć w cieniu wulkanu"

Autor: Przemysław Nowakowski

Wydawnictwo: Chmury

Ilość stron: 432

Data wydania: 20-05-2026

Moja ocena: 6/10

 

„Śmierć w cieniu wulkanu” Przemysława Nowakowskiego to kryminał, którego akcja rozgrywa się na Teneryfie. Już w pierwszej scenie jesteśmy świadkami wypadku, w którym samochód z kobietą i dzieckiem spada w przepaść. Dopiero z czasem odkrywamy, kim byli pasażerowie i jaki mają związek z pozostałymi bohaterami. Głównym wątkiem powieści jest jednak inna sprawa kryminalna, związana ze śmiercią pod tym samym wulkanem.

Julka przyjeżdża z mężem na zimowanie w ciepłym kraju. Podczas gdy on podejmuje tam pracę, ona zajmuje się codziennymi obowiązkami i odwozi dzieci do przedszkola. Wkrótce poznaje inspektora Orestesa, wdowca prowadzącego śledztwo w sprawie Grajka i Klary.

Wszystkie tropy prowadzą do międzynarodowej organizacji o nazwie „Wilk”, tłumaczonej na wiele języków. Jej działalność jest podejrzana, a Julia postanawia dowiedzieć się więcej.

W pewnym momencie w sensacyjną intrygę zostaje uwikłana również jej rodzina, a ona sama zaczyna obawiać się o bezpieczeństwo swoich dzieci.

Oprócz głównego wątku kryminalnego autor przedstawia także osobiste historie Orestesa oraz Julii i jej męża. Dzięki temu poznajemy nie tylko okoliczności prowadzonego śledztwa, lecz także prywatne problemy bohaterów.

Ciekawym elementem powieści było dla mnie przybliżenie zwyczaju pogrzebu sardynki, czyli symbolicznego zakończenia karnawału i przejścia do okresu Wielkiego Postu. To interesujący akcent kulturowy, który pozwala lepiej poznać lokalne tradycje.

Niestety, nie do końca przekonał mnie sposób prowadzenia narracji. Książka została napisana w trzeciej osobie, a emocje bohaterów, nawet te najsilniejsze, są przede wszystkim opisywane, zamiast być pokazywane czytelnikowi poprzez ich zachowanie i reakcje. Przez to trudno mi było wczuć się w ich sytuację i przeżywać wydarzenia razem z nimi. Całość momentami przypominała mi reportaż lub streszczenie kolejnych zdarzeń, w którym to dialogi wypadają najbardziej naturalnie i ożywiają opowieść.

Na plus zaliczam natomiast domknięcie wszystkich wątków, również historii kobiety i jej syna, których niefortunny wypadek widzieliśmy na wstępie. Podobało mi się także spięcie początku i końca powieści w zgrabną klamrę.

„Śmierć w cieniu wulkanu” nie do końca mnie przekonała, choć ma kilka ciekawych elementów. Doceniam zamknięcie poszczególnych historii i możliwość poznania lokalnych zwyczajów, jednak sposób prowadzenia narracji utrudniał mi zaangażowanie się w losy bohaterów. Mnie książka nie zachwyciła, ale może komuś innemu przypadnie do gustu.


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Łukasz Płoszajski "Nie moja wina. Jak umysł podejmuje decyzje za nas"

Tytuł: "Nie moja wina. Jak umysł podejmuje decyzje za nas"

Autor: Łukasz Płoszajski 

Wydawnictwo: Luna

Ilość stron: 304

Data wydania: 09-09-2026

Moja ocena: 7/10

 

​„Nie moja wina” Łukasza Płoszajskiego to poradnik popularnopsychologiczny, który zamiast klasycznych wykładów oferuje zbiór anegdot i historii z życia wziętych, opatrzonych wyjaśnieniem ludzkich zachowań. Zaprezentowane historie często brzmią jak klasyczne wymówki mające zrzucić z bohaterów odpowiedzialność za podejmowane decyzje. Autor pokazuje jak działają u nas nieświadomie mechanizmy manipulacji i to, co przejęliśmy w domu rodzinnym. Największym plusem książki jest pokazanie codziennych sytuacji, w których te mechanizmy ujawniają się u bohaterów. Efekty nawykowego działania bywają opłakane, od utraty pieniędzy i zaufania, przez rozstanie z partnerem po przyczynienie się do tragedii, jak w przypadku zbyt pewnego swoich racji inżyniera na budowie. Po prezentacji historii następuje wyjaśnienie dlaczego tak się stało, a następnie czytenik otrzymuje zestaw ćwiczeń do wykonania. W podsumowaniu autor pisze, że kluczowe jest poświęcenie czasu na przemyślenie decyzji przed jej podjęciem.

Autor na wstępie powołuje się na czwórkę specjalistów: Antonio Damasio, Daniela Kahnemana, Amosa Tversky'ego i Roberta B. Cialdiniego. Ta książka opowiada w skrócie i przystępnym językiem o ich teoriach.

Wiele z przedstawionych tu pojęć znałam wcześniej, lecz uważam, że książka może pomóc zrozumieć pewne schematy i sposoby manipulacji, od organizacji promocji w sklepie po dynamikę związków.


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Magda Stachula "Słuch"

Tytuł: "Słuch"

Cykl: Zwodnicze zmysły, tom 2

Autor: Magda Stachula

Wydawnictwo: W. A. B.

Ilość stron: 424

Data wydania: 15-07-2026

Moja ocena: 8/10

 

"Słuch" to drugi tom z cyklu kryminałów Magdaleny Stachuli, opartych na zmysłach. Autorka udowadnia jak bardzo mogą być mylące. We "wzroku" podejrzanym był człowiek niewidomy, a tutaj zaczyna się od makabrycznego znaleziska ponad ścieżką widokową w Tatrach Wysokich. Nawet ptaki zamilkły na ten widok, a człowiek, który znalazł ciało, stanął w szoku, zanim zadzwonił ze zgłoszeniem do służb.

W tym czasie przerażona matka zgłasza na policję zaginięcie swojej dorosłej córki. Drugi tom bardziej działał na moją wyobraźnię, ponieważ sama mam 20-letnią córkę i wyobrażam sobie niepokój tej matki.

Bardzo ciekawie została opisana synestezja, której nasilone objawy doprowadziły Sonię do szpitala psychiatrycznego. Kiedyś myślałam, że to piękne widzieć kolory dźwięków, ale wyobrażałam je sobie w formie barwnych nut nad pianinem gdy taka osoba gra. Nie wzięłam pod uwagę jak może wpływać na życie codzienne, jak ultra wrażliwa osoba odbiera krzyk czy inny nagły hałas, jak wyczuwa każdy fałsz w głosie czy melodii. Autorka pokazała mniej kolorową stronę tego zjawiska.

Tak jak w poprzenim tomie i tu na przemian śledzimy toczące się śledztwo i jesteśmy świadkami wcześniejszych wydarzeń w górach, powoli odkrywając co się stało. Jednocześnie komisarz Julia Kosela próbuje dojść do prawdy. Poza śledztwem jest też jej życie prywatne, a w nim rodzice i mężczyźni: obecnie rozwijający się romans oraz cień przeszłości, który idzie jej tropem.

"Słuch" to wielowątkowa opowieść kryminalna z bardzo wyraźnie zaznaczoną ścieżką dźwiękową. Uświadamia czym jest słuch absolutny. Śledziłam losy Sonii i Julii z przejęciem i już się zastanawiam, który zmysł pojawi się w kolejnym tomie.


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Maja Nowak "Oczarowanie"

Tytuł: "Oczarowanie"

Autor: Maja Nowak

Wydawnictwo: Bookend

Ilość stron: 448

Data wydania: 10-03-2026

Moja ocena: 8/10

 

"Oczarowanie" Mai Nowak to coś więcej niż zakazany romans z różnicą wieku. Relacja Jowity i jej ucznia, Łukasza, uwikłana jest w wiele zależności z różnymi ludźmi, co sprawia, że książka staje się interesująca.

Kiedy poznajemy Jowitę, jest zamężna z bratem swojego byłego chłopaka, który zniknął w nieznanych okolicznościach. Jej mąż jest w zależności służbowej od ojca Łukasza. Dalej jest tylko lepiej.

Osobiście uwielbiam tak skomplikowaną sieć relacji, w których znaczenie mają nie tylko główni bohaterowie. Każda z otaczających ich osób wpływa w jakiś sposób na ich sposób myślenia.

Podobało mi się, że Łukasz ma dobry kontakt z ojcem i ma do niego zaufanie na tyle, że możliwa jest szczera rozmowa.

Jowita jest w tym najbardziej samotna, ponieważ jej małżeństwo przeżywa kryzys. Pomocne są dla niej rozmowy z przyjaciółkami.

Oboje muszą się mierzyć z oceną ich związku przez otoczenie. Jowita wie, że romans z uczniem będzie źle widziany jako nieetyczny zawodowo. Jednak poza opinią otoczenia liczy się dla niej zdroworozsądkowe podejście. Tymczasem młodszy od niej o siedem lat chłopak jest po prostu oczarowany młodą polonistką i przez długi czas ignoruje wszelkie argumenty przeciw. Musi wiele zrozumieć, by spojrzeć na to z jej punktu widzenia.

Różnica wieku to nie tylko cyferki. To dwoje ludzi, znajdujących się na innych etapach życia. On, choć wchodzi w pełnoletniość, wciąż jest na utrzymaniu ojca. Ona ma już za sobą okres szkolny jako uczennica, teraz przychodzi tam w innej roli. Zna problemy realnego życia.

Łukasz pochodzi z bogatej, choć rozbitej, rodziny. Jego matka jest wciąż zajęta obowiązkami zawodowymi. Bardziej może liczyć na ojca. Jowita nie ma rodziców, z którymi mogłaby porozmawiać. Kobieta obawia się też, że jej partner będzie układał całe życie, dostosowując się do niej, i porzuci marzenie o studiach muzycznych, żeby zarabiać na rodzinę. Po latach mógłby mieć o to żal. Ona patrzy na ich związek z perspektywy osoby dorosłej i widzi, co może w nim nie zagrać, zaś on, z racji wieku, rzuca się w to na oślep, bez przemyślenia.

Bardzo cenię to, że autorka nie skupiła się wyłącznie na uniesieniach miłosnych, choć i te się zdarzają, lecz pokazała wszystkie cienie takiego związku.


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Loreth Anne White " Pamiętnik mojej siostry"

Tytuł: "Pamiętnik mojej siostry"

Autor: Loreth Anne White

Wydawnictwo: Mando

Ilość stron: 432

Data wydania: 15-10-2025

Moja ocena: 6/10

 

„Pamiętnik mojej siostry” autorstwa Loreth Anne White to thriller psychologiczno-kryminalny skupiony wokół traumy, nieprzepracowanej przeszłości i rodzinnych sekretów.

​Fabuła koncentruje się na odnalezieniu ludzkich szczątków pod kapliczką w gęstym kanadyjskim lesie. Do sprawy zostaje przydzielona śledcza Jane, która przed laty należała do paczki przyjaciół znanej jako „Szóstka z Shoreville”. Szczegóły odkrycia wskazują, że ciało może należeć do Annalise, dziewczyny, która zaginęła przed dziesięcioleciami. Znalezisko okazuje się tym bardziej szokujące, że ofi*ara była w ciąży, a dzięki procesowi saponifikacji i nowoczesnym metodom śledczym możliwe staje się wyizolowanie DNA płodu. Ojciec dziecka automatycznie stanie się głównym podejrzanym. Wszyscy czekają na ten moment, bo jest on kluczowy dla rozwiązania sprawy.

​Odkrycie szczątków wywołuje lawinę zdarzeń. Na wieść o tym, że to może być Annalise, członków „Szóstki z Shoreville” ogarnia panika. Powieść, przeplatana retrospekcjami z lat 70. oraz fragmentami pamiętnika, powoli ujawnia dawne tajemnice, które mogą zniszczyć poukładane życie bohaterów. Ktoś nie pamięta wydarzeń z tamtej nocy, ktoś inny nie chce znać prawdy, a jeszcze ktoś żyje pod jej ciężarem od lat. Autorka celnie bada tu mechanizmy obronne ludzkiego umysłu i to, jak wyparte wspomnienia powracają ze zwielokrotnioną siłą.

​Powieść napisana jest w trzeciej osobie, w czasie teraźniejszym, co w połączeniu z chłodnym, wręcz reporterskim stylem nie pozwala w pełni wciągnąć się w historię. Narrator najpierw autorytarnie opisuje scenę i stan psychiczny bohaterów, a dopiero potem przechodzi do ich rozmów, co skutecznie utrudnia zaangażowanie emocjonalne. Taki format świetnie sprawdziłby się w telewizyjnym programie typu true crime, jednak w powieści daje efekt dystansu.

​Cała warstwa emocjonalna została przeniesiona do mocno dramatycznych dialogów. Odnosi się wrażenie, że emocje postaci mają znaczenie tylko o tyle, o ile służą rozwiązaniu zagadki i stanowią jedynie kolejny rodzaj dowodu. Doczytałam książkę do końca, by poznać finał, jednak nie była to fascynująca lektura. Zdecydowanie bardziej zrelacjonowana, niż przeżyta. 


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Tomasz Wartnik "Endostella"

Tytuł: "Endostella: Nasza pierwsza historia"

Cykl: Endostella, tom 1

Autor: Tomasz Wartnik

Wydawnictwo: Tomasz Wartnik

Ilość stron: 300

Data wydania: 08-07-2026

Moja ocena: 7/10

 

"Endostella" to powieść fantastyczno-przygodowa, raczej dla młodszych odbiorców, pomijając kilka wulgaryzmów.

Główną bohaterką jest Anna Wilczarska, nastolatka, chorująca na endometriozę. Pewnego dnia w drodze powrotnej ze szkoły bierze udział w kosmicznej katastrofie i zostałaby unicestwiona, gdyby nie porozumienie z jednym z obcych, który obiecuje odbudować jej ciało. Tak robi, ale przy okazji wzbogaca je o systemy ochronne, oparte o nieznaną technologię. Dzięki temu Ania zyskuje supermoce, ale ich używanie nie przychodzi jej z łatwością. Musi nad sobą pracować. Wcześniej Ania miała lekką nadwagę i łapała zadyszkę na w-fie, teraz zaś musi przechodzić codzienny trening. Jej ciało wzmacnia się, lecz jest też cięższe, co ma swoje konsekwencje. Ania odbywa treningi, czuje też zmęczenie jak zwykły człowiek. Bierze udział w galaktycznych rozgrywkach oraz ratuje ludzi w potrzebie, pomaga podczas powodzi, wyciąga także z opresji osobę poszkodowaną w wypadku komunikacyjnym. To wszystko ją wyczerpuje. Dodatkowo musi przecież chodzić do szkoły i dogadywać się z rodzicami. Jest przecież nieletnia i wciąż mieszka pod ich dachem. Z super mocami czy nie, jest nastolatką, z ograniczeniami tego wieku. Wciąż musi się spowiadać, nie tylko przed rodzicami, ale także, jako osoba wierząca, chodzi do konfesjonału. To był element nietypowy dla takich opowieści. Ania podkreśla, że wiara jest ważna w jej życiu.

Powieść jest trochę niedopracowana językowo, zdarzają się też niekonsekwencje, takie jak to, że ojciec Ani był w stanie podnieść nieprzytomną dziewczynę i pomóc jej wejść po schodach, pomimo, że po kosmicznej przemianie ważyła tyle co She-Hulk. Mimo to muszę przyznać, że książka jest ciekawa i wiele się w niej dzieje. Szczególnie wciągnęła mnie ostatnia część, w której pojawia się alternatywna historia życia Ani.

Podobało mi się też to, że endometrioza była pokazana jako choroba ze wszystkimi swoimi konsekwencjami. Autor uświadamia jak trudne przeżycia są udziałem kobiet na nią cierpiących.

A zakończenie? Podważa wszystko, czego się wcześniej dowiedzieliśmy.

Książka jest na tyle oryginalna, że na pewno nieprędko o niej zapomnę i mam nadzieję, że powstanie kolejna część.


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Regina Rodriguez Sirvent "Majtki na słońcu"

Tytuł: "Majtki na słońcu"

Autor: Regina Rodriguez Sirvent

Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece

Ilość stron: 448

Data wydania: 26-03-2025

Moja ocena: 6/10

 

„Majtki na słońcu” Reginy Rodríguez Sirvent to opowieść o roku z życia Rity Racons, młodej Katalonki, która po oblanym egzaminie z angielskiego odpada ze studiów i postanawia wyjechać do Stanów Zjednoczonych jako au pair.

Ze słonecznej Barcelony trafia do Atlanty i bardzo szybko przekonuje się, że znajomość języka z podręczników niekoniecznie przygotowuje człowieka do rozmów z miejscowymi. Nie rozumie gwary, nie zna amerykańskich zwyczajów, a kiedy wszyscy mówią o kobiecie imieniem Elena, długo nie może zrozumieć, o kogo chodzi. Dopiero później dociera do niej, że „Elena”, którą tak często słyszy, to po prostu sposób, w jaki miejscowi wymawiają nazwę miasta Atlanta.

Ritę zaskakuje właściwie wszystko. Hasające po drzewach wiewiórki czy sposób odżywiania, w którym zdrowych składników jest jak na lekarstwo, za to cukru i tłuszczu nie brakuje. Nie może też zrozumieć, jak można żyć bez telewizora, od którego sama jest właściwie uzależniona. W jej nowej rodzinie zamiast oglądania kolejnych programów czy seriali czyta się książki.

Jeszcze większym zaskoczeniem okazuje się życie dzieci. Nie biegają beztrosko po podwórku, lecz mają napięty grafik zajęć dodatkowych, a Rita będzie odpowiedzialna za wożenie ich z jednych zajęć na kolejne. W dodatku od najmłodszych lat żyją z przekonaniem, że muszą dostać się na Harvard, bo tylko wtedy spełnią oczekiwania rodziców.

Pod powierzchnią zabawnej historii o młodej katalonce próbującej odnaleźć się w Stanach kryje się opowieść o presji, oczekiwaniach i o tym, jak łatwo zapomnieć, że dziecko jest przede wszystkim człowiekiem, a nie projektem do zrealizowania.

Rita przez rok wnosi do życia swojej tymczasowej rodziny sporo zamieszania, ale też coś bardzo potrzebnego. Próbuje pokazać dzieciom, że nie wszystko musi być podporządkowane wynikom i oczekiwaniom dorosłych. Sama zresztą również wiele się uczy.

W czasie wolnym poznaje nowych ludzi, nawiązuje romans z kobietą i zaczyna zastanawiać się nad własną seksualnością. Wcześniej była w związku z chłopakiem, więc również w tej sferze życia próbuje zrozumieć siebie i sprawdzić, czego właściwie chce.

Po pracy chodzi na lekcje angielskiego, zaczyna czytać książki i zapisywać swoje doświadczenia. Jest w takim momencie życia, w którym trudno jeszcze powiedzieć, dokąd właściwie zmierza. Nie wie, co chce robić, kim chce zostać i czego oczekuje od przyszłości. Ten wyjazd staje się więc dla niej nie tylko podróżą do innego kraju, ale również próbą poznania samej siebie.

Problem w tym, że sama książka nie zawsze potrafiła mnie zainteresować.

Przeszkadzała mi duża liczba żartów i sytuacji opartych na sek**alnych podtekstach. Autorka bardzo często sięga po humor związany z cielesnością, a część tych żartów była dla mnie zwyczajnie nieśmieszna. Było tego po prostu za dużo, a tego typu humor nie jest czymś, co szczególnie mnie bawi.

Rita również nie do końca przypadła mi do gustu. Jest dość nierozgarnięta, często czegoś nie rozumie, gubi się i popełnia gafy. Częściowo można to oczywiście tłumaczyć jej słabą znajomością języka i zupełnie nowym środowiskiem, ale momentami jej zachowanie zwyczajnie mnie irytowało.

Jednocześnie właśnie przez jej niedopasowanie najlepiej widać zderzenie dwóch kultur. Rita uczy się od swojej amerykańskiej rodziny, a jej członkowie uczą się od niej. Stopniowo odkrywają, że można żyć inaczej, mieć inne priorytety i niekoniecznie podążać ścieżką wyznaczoną przez rodziców.

Szczególnie ciekawy jest obraz dzieci wychowywanych pod ogromną presją. Mają dużą wiedzę, potrafią rozmawiać jak mali dorośli i od najmłodszych lat są przygotowywane do osiągania kolejnych sukcesów. Jednocześnie, kiedy pojawia się myśl, że mogą nie sprostać oczekiwaniom, pojawiają się łzy.

Brakowało mi w tym świecie trochę zwyczajnego dzieciństwa.

Miałam wrażenie, że te dzieci były przygotowywane przede wszystkim do osiągania jak najlepszych wyników, a mniej do tego, żeby odkrywać, co naprawdę je interesuje czy do zwykłej komunikacji z innymi ludźmi. Dlatego ważny staje się wątek chłopca, który fascynuje się rapem. Jego zainteresowanie niekoniecznie mieści się w oczekiwaniach rodziców i w tym, co wypada robić młodemu człowiekowi z ich środowiska.

Być może dzięki Ricie rodzice zaczną dostrzegać w swoich dzieciach nie tylko przyszłych studentów Harvardu, ale przede wszystkim ludzi z własnymi marzeniami, zainteresowaniami i pomysłami na życie.

Powieść pokazuje też tę bardziej zachowawczą stronę amerykańskiej obyczajowości. Rita z niedowierzaniem odkrywa zasady dotyczące ubioru i odsłaniania ciała, zestawiając je z tym, co zna z Europy. Zderzenie jej doświadczeń z rzeczywistością Atlanty jest jednym z ciekawszych elementów książki, choć autorka podaje je przede wszystkim w lekkiej, momentami absurdalnej formie.

„Majtki na słońcu” miały więc kilka elementów, które naprawdę mnie zainteresowały: zderzenie kultur, poszukiwanie własnej tożsamości, relację Rity z dziećmi i pytanie o to, ile miejsca zostawiamy młodym ludziom na bycie po prostu sobą.

Szkoda tylko, że ta ciekawa warstwa została dla mnie przykryta dużą ilością humoru, który nie zawsze trafiał w mój gust.

Miałam kilka podejść do tej książki i ostatecznie dotarłam do ostatniej strony, ale zdecydowanie nie była to lektura, przez którą chciało się zarwać noc. Pomysł był ciekawy, znalazłam w niej kilka wartościowych tematów, jednak wykonanie nie do końca mnie przekonało.

Za całokształt dałabym tej książce 5/10. Podnoszę jednak ocenę do 6/10 za pokazanie sytuacji dzieci i presji, pod jaką są wychowywane. To właśnie ten wątek wydał mi się najbardziej wartościowy i dał mi najwięcej do myślenia. 


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Joanna Jax "Skradzione życie"

Tytuł: "Skradzione życie"

Autor: Joanna Jax

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie

Ilość stron: 296

Data wydania: 15-07-2026

Moja ocena: 8/10

 

Dwie kobiety, które mogły być przyjaciółkami, a może nawet być dla siebie jak siostry. Mogły się wspierać i razem cieszyć swoimi sukcesami. Zamiast tego rozdzieliła je zazdrość. Zazdrość, która pojawiła się jednak tylko po jednej stronie.

Justyna, młoda i zdolna dziewczyna, po pobycie w sierocińcu trafia pod opiekę rodziny profesora Małaczewskiego. Profesor dostrzega w niej potencjał i postanawia wesprzeć jej edukację. Dla jego córki Barbary jest to jednak trudne do zaakceptowania. Nie może pogodzić się z tym, że ojciec poświęca tyle uwagi „przybłędzie” z sierocińca, podczas gdy sama nie czuje się przez niego wystarczająco doceniana.

Tyle że Barbara nie zauważa jednego. Justyna wcale nie zabiera jej miejsca. Po prostu jest zdolna, pracowita i wykorzystuje szanse, które dostaje.

Kiedy Justyna zaczyna pisać, jej talent szybko zostaje zauważony przez znanego warszawskiego redaktora. Barbara również postanawia spróbować swoich sił w literaturze. Chce stworzyć własną historię i udowodnić, że również potrafi odnieść sukces. Niestety szybko okazuje się, że dobre chęci to trochę za mało. Zarówno redaktor, jak i jej ojciec widzą, że Barbarze brakuje talentu, który ma Justyna.

Zazdrość zaczyna coraz mocniej wpływać na ich relację.

Książka Justyny ma zostać wydana w 1939 roku, ale wybuch wojny zmienia wszystko. Literatura nagle schodzi na dalszy plan, bo najważniejsze staje się przetrwanie. Życie obu kobiet również się zmienia.

Justyna trafia do niemieckiego obozu pracy. I właśnie tam jej drogi ponownie krzyżują się z kobietą, która odegrała ważną rolę w tym, że znalazła się w tym miejscu.

Nie zdradzę, kim jest ta osoba, bo byłoby to odebraniem Wam jednego z istotnych elementów historii. Mogę natomiast powiedzieć, że wspólne doświadczenia obu kobiet tworzą jedną z bardziej przejmujących części powieści.

To opowieść o zazdrości, która potrafi zatruć relację, o bezrozumnej zemście, ale również o próbie zrozumienia drugiego człowieka i wybaczeniu. Joanna Jax nie pokazuje swoich bohaterek wyłącznie jako dobrych i złych. Pozwala nam poznać ich emocje, motywacje i sposób patrzenia na wydarzenia. Dzięki temu możemy zrozumieć, dlaczego podejmują określone decyzje, choć oczywiście zrozumienie nie zawsze oznacza usprawiedliwienie.

Wojna kiedyś się kończy. Życie powoli wraca do normalności, a wraz z nim pojawiają się dawne plany.

Wydanie książki, która przed wojną miała szansę stać się sukcesem, może otworzyć przed autorką drzwi do literackiej kariery. Tylko co się stanie, jeśli ktoś spróbuje wykorzystać tę szansę, podpisując się pod cudzą pracą?

Czy można zbudować własny sukces na historii, która należy do kogoś innego? I czy po wszystkim, co wydarzyło się podczas wojny, Justyna będzie jeszcze potrafiła walczyć o to, co jej odebrano?

Jak wszystkie powieści Joanny Jax, „Skradzione życie” czyta się rewelacyjnie. Autorka bardzo dobrze buduje emocje i sprawia, że szybko angażujemy się w losy bohaterów. Podobało mi się również to, że możemy spojrzeć na wydarzenia z różnych perspektyw. Nie wszystko jest czarno-białe, choć niektóre decyzje zdecydowanie trudniej zaakceptować niż inne.

Można powiedzieć, że to przede wszystkim opowieść o zazdrości i jej konsekwencjach. O tym, jak łatwo porównywanie się z drugą osobą może przerodzić się w obsesyjną potrzebę udowodnienia własnej wartości. I jak bardzo cudzy sukces może boleć kogoś, kto zamiast szukać własnej drogi, zaczyna skupiać się na tym, co osiągnął ktoś inny.

Jednak mam jeden zasadniczy problem z tą książką.

To nie może się tak skończyć!

Po całej historii, którą przechodzimy razem z Justyną i Barbarą, zabrakło mi ostatecznego rozstrzygnięcia. Zakończenie pozostawia zdecydowanie zbyt wiele pytań, a ja zamiast spokojnie zamknąć książkę, zostałam z jednym wielkim: „I co dalej?!”

Dlatego bardzo liczę na drugi tom. Ta historia zdecydowanie nie powiedziała jeszcze ostatniego słowa, a ja chcę wiedzieć, jak zakończy się walka o prawdę, własne nazwisko i życie, które można komuś odebrać na wiele różnych sposobów.

 

  

Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko


Joanna Podsadecka "Braunek. Biografia"

Tytuł: "Braunek. Biografia"

Autor: Joanna Podsadecka

Wydawnictwo: Mando

Ilość stron: 400

Data wydania: 13-11-2024

Moja ocena: 8/10

 

„Braunek. Biografia” Joanny Podsadeckiej nie bez powodu nosi w tytule tylko nazwisko. To nie jest bowiem wyłącznie opowieść o Małgorzacie Braunek, jej karierze i rolach, ale historia kobiety oglądanej z wielu perspektyw. Jej rodziny, partnerów, dzieci, przyjaciół i ludzi, którzy pojawili się na różnych etapach jej życia. Jest tu nawet słynny „wesoły autobus” i wspólne wypady nad morze.

Małgorzata Braunek najbardziej kojarzona jest oczywiście z rolą Oleńki Billewiczówny w „Potopie” i Izabeli Łęckiej w serialowej „Lalce”. Późniejsze pokolenie widzów mogło ją poznać jako Barbarę Jabłonowską, matkę Małgorzaty Jantar, w „Domu nad rozlewiskiem” i jego kolejnych częściach.

Spodziewałam się opowieści przede wszystkim o aktorstwie i oczywiście jest go tutaj sporo. Są kulisy pracy, sławy, relacji z reżyserami, trudne role i cena, jaką czasem trzeba zapłacić za życie w świecie filmu. Jednak Joanna Podsadecka poświęca bardzo dużo miejsca również duchowej drodze Braunek, i ta część robi największe wrażenie.

Małgorzata Braunek odnalazła swoją drogę w buddyzmie zen. Nie był to jednak nagły wybór ani moda na „egzotyczną filozofię”. Jej zainteresowanie zaczęło się od pytań o sens życia, własną tożsamość i o to, kim właściwie jesteśmy. Z czasem medytacja i praktyka zen stały się bardzo ważną częścią jej życia. W 2003 roku została nauczycielką zen, a w 2011 roku otrzymała tytuł rōshiego, czyli mistrza zen.

Buddyzm nie był dla niej jednak czymś odklejonym od codzienności. Przeciwnie. Widać, że wpływał na sposób, w jaki patrzyła na ludzi, relacje, przemijanie, przywiązanie czy własne wybory. Szczególnie mocno wybrzmiewa tu buddyjska świadomość nietrwałości. Życie się zmienia, ludzie odchodzą, niczego nie możemy zatrzymać na zawsze. Nie chodzi jednak o obojętność. Raczej o próbę przyjęcia rzeczywistości taką, jaka jest, bez nieustannej walki z tym, czego nie możemy zmienić.

To podejście staje się szczególnie ważne w ostatniej części książki, jest tu bowiem mowa również o chorobie, umieraniu i hospicjum. To zdecydowanie najtrudniejsza część lektury. Pokazana nie tylko z perspektywy osoby chorej, ale również dla jej bliskich.

Sama byłam przy odchodzeniu moich zwierząt. Wiem, że niektórzy powiedzą: „to nie ludzie”. Dla mnie jednak uczucia przywiązania, miłości, bezsilności i żalu po stracie nie stają się mniej prawdziwe tylko dlatego, że dotyczą zwierzęcia. Dlatego fragmenty dotyczące choroby i ostatnich chwil Małgorzaty Braunek były dla mnie szczególnie trudne.

Jednocześnie bardzo poruszyło mnie jej lekkie podejście do śmierci. „Lekkie” nie oznacza tutaj lekceważące. Wręcz przeciwnie. Jest w tym akceptacja faktu, że śmierć jest częścią życia, a także próba zachowania podmiotowości człowieka, który umiera. Braunek sama wcześniej pracowała jako wolontariuszka w hospicjum, więc temat nie był jej obcy.

Ważne miejsce zajmuje też jej zainteresowanie tym, jak wygląda leczenie i opieka nad osobą chorą. W czasie własnej choroby szukała możliwości zintegrowania medycyny konwencjonalnej z metodami komplementarnymi. Zależało jej na podejściu, które patrzy na człowieka jako całość, a nie tylko na chorobę konkretnego organu.

Z jej doświadczeń i ostatniej woli wyrosła później Fundacja Małgosi Braunek „Bądź”. Jej celem jest między innymi edukacja zdrowotna, profilaktyka przeciwnowotworowa, wspieranie chorych i ich bliskich oraz promowanie zintegrowanego podejścia do zdrowia i leczenia. Fundacja organizuje warsztaty, wykłady, grupy wsparcia i akcje edukacyjne.

W książce poznajemy także Małgorzatę jako matkę. Wypowiadają się jej dzieci, które wspominają dość nietypowe dzieciństwo. Trudno się dziwić, skoro dorastali w rodzinie, w której jedno z rodziców było aktorem, drugie związane było z filmem, a styl życia był mocno związany z poszukiwaniem własnej drogi i buddyzmem.

To, co w dzieciństwie mogło być odbierane jako dziwactwo czy powód do wstydu, z czasem zaczęło być postrzegane zupełnie inaczej. Dorosłe dzieci Braunek potrafią docenić wartości, które wyniosły z domu.

Podobało mi się również to, że autorka nie próbuje zrobić z Małgorzaty Braunek osoby idealnej. Jest tu słynna aktorka, nauczycielka zen, matka, partnerka, przyjaciółka, ale też po prostu człowiek ze swoimi emocjami, wyborami, błędami i wątpliwościami.

Braunek była wegetarianką i angażowała się w ochronę praw zwierząt, ale nie próbowała narzucać swoich wyborów rodzinie. I właśnie takie podejście do różnic bardzo do mnie przemawia. Można mieć własne przekonania, a jednocześnie zostawić drugiemu człowiekowi przestrzeń na jego własną drogę.

„Braunek. Biografia” nie jest książką, którą czyta się lekko. I chyba dobrze, że taka nie jest. To nie jest zwykłe wyliczenie ról, sukcesów i kolejnych etapów kariery. Joanna Podsadecka próbuje dotrzeć głębiej i pokazać człowieka stojącego za znaną twarzą.

Po lekturze inaczej patrzę na role Małgorzaty Braunek. Lepiej rozumiem również, jak wymagające potrafi być aktorstwo i jak bardzo może wymagać przekraczania własnych granic komfortu psychicznego. Braunek w pewnym momencie, będąc u szczytu popularności, zrezygnowała z kariery i przez wiele lat pozostawała poza ekranem. Wróciła dopiero wtedy, gdy sama była już zupełnie inną osobą.

To właśnie chyba najbardziej zostało mi po tej książce. Nie obraz słynnej aktorki, ale kobiety, która przez całe życie szukała odpowiedzi na pytanie, jak chce żyć. I miała odwagę kilka razy zmienić kierunek, kiedy poprzedni przestał być jej potrzebny.

„Braunek. Biografia” to solidna, bardzo osobista i wymagająca lektura. Nie każdy się w niej odnajdzie, bo wymaga pewnej otwartości na inne poglądy, duchowość i sposób patrzenia na życie. Dla mnie była jednak ciekawą próbą poznania kobiety, którą przez lata znałam przede wszystkim z ekranu. 


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Tomasz Harasimiuk "Vezuwia. Część II Elaboratio"

Tytuł: "Vezuwia. Część II Elaboratio"

Cykl: Vezuwia, tm 2

Autor: Tomasz Harasimiuk

Wydawnictwo: Novae Res

Ilość stron: 556

Data wydania: 02-06-2026

Moja ocena: 9/10

 

„Elaboratio” to drugi tom „Vezuwii” i kolejna podróż do miasta ukrytego we wnętrzu góry.

Feliks, którego poznaliśmy w pierwszej części, kiedy podając się za elektryka przeniknął do Vezuwii, tym razem musi nie tylko utrzymać swoją przykrywkę, ale przede wszystkim przetrwać w świecie pełnym spisków, zdrad i ludzi, którzy mają więcej sekretów, niż chcieliby ujawnić.

Tymczasem Vezuwia coraz wyraźniej pokazuje swoje drugie oblicze. Pod powierzchnią technologicznego świata Vezuwii narasta niezadowolenie. Nierówności społeczne, przywileje wybranych grup i poczucie krzywdy prowadzą do buntu, który w drugim tomie zaczyna przybierać coraz bardziej niebezpieczne formy.

Życie wszystkich mieszkańców nie wygląda tutaj tak samo. Ci z wyższych pięter mogą cieszyć się luksusem, wygodą i świeżym powietrzem, podczas gdy niższe poziomy miasta to zupełnie inna rzeczywistość. Nierówności społeczne są coraz bardziej widoczne, a napięcie rośnie z każdą stroną.

Znajdujemy się bowiem w przededniu rewolucji, a w samym jej centrum stoi elektrownia, bijące serce góry. Wystarczy jedno zwarcie, żeby rozpocząć ciąg wydarzeń, którego konsekwencji nie da się już zatrzymać.

Tym bardziej że energia w Vezuwii nie jest jedynie źródłem światła i napędem całego miasta. Mieszkańcy posiadają niezwykłą zdolność pobierania jej przez własne ciała i wykorzystywania w sposób przypominający magię. Autor bardzo ciekawie łączy więc technologię z fantastyką, tworząc świat, w którym granica między jednym a drugim właściwie przestaje istnieć.

Jedną z moich ulubionych scen był ślub dwóch kobiet. Nie będę zdradzać, co dokładnie się wydarzyło, ale energia postanowiła zrobić coś, czego nie przewidziały nawet same zainteresowane. Takie momenty lubię najbardziej, bo pokazują, że zasady rządzące tym światem potrafią zaskoczyć czytelnika.

Po raz kolejny dużym atutem książki są bardzo szczegółowe opisy procesów fizycznych, mechaniki i elektrotechniki. Autor nie traktuje technicznych elementów jedynie jako dekoracji. Maszyny, urządzenia i mechanizmy naprawdę działają według określonych zasad. Pojawiają się konkretne elementy konstrukcji, rezystancja, silniki, prowadnice czy zapadki. Momentami można odnieść wrażenie, że zamiast czytać powieść, zaglądamy do wnętrza skomplikowanej maszyny.

I choć brzmi to jak zapowiedź sporej dawki technicznego żargonu, książka pozostaje przede wszystkim dynamiczną historią przygodową. Tutaj naprawdę cały czas coś się dzieje. Spiski, pościgi, walki, awarie, odkrycia i kolejne komplikacje sprawiają, że trudno się nudzić.

Tym bardziej że niemal każdy coś ukrywa. Prawdziwe cele, zdolności, pochodzenie, przeszłość... Bohaterowie mają swoje sekrety, a czytelnik razem z Feliksem próbuje ustalić, komu właściwie można zaufać.

Sam Feliks nadal jest dla mnie jednym z ciekawszych elementów tej historii. Nie jest kolejnym wybrańcem, który od początku wie, co robi. To właściwie zwykły człowiek udający specjalistę, który wielu rzeczy uczy się na bieżąco i właśnie dlatego łatwiej go polubić, zwłaszcza że autor nie pozbawia go humoru. Feliks ma wadę wymowy, więc kiedy próbuje rzucić soczystą „kulwą” albo nawołuje do „ulatowania” miasta, trudno nie parsknąć śmiechem. W świecie pełnym spisków, rewolucji, technologii i potencjalnej katastrofy takie momenty są bardzo potrzebnym rozładowaniem napięcia.

Ciekawie wypada również sam styl autora. Jest bardzo obrazowy i niemal filmowy. Opisy nie ograniczają się do tego, co bohater widzi. Przy uderzeniu energii pojawia się jednocześnie światło, dźwięk, zapach i fizyczne odczucie wydarzenia. Dzięki temu sceny można sobie niemal „odtworzyć” w głowie.

Autor lubi również wyraziste porównania i metafory. Obok technicznego języka pojawiają się bardziej poetyckie określenia, takie jak „balsamiczne bory” czy „morze zieleni”. To ciekawe połączenie, bo z jednej strony mamy precyzję mechanika, a z drugiej język potrafiący na chwilę zatrzymać się przy obrazie.

Szczególnie dobrze widać to podczas scen akcji. Autor potrafi spowolnić czas i rozłożyć krótką chwilę na drobne elementy. Zamiast opisać wydarzenie w kilku zdaniach, zatrzymuje się na szczegółach ruchu, dźwięku czy reakcji bohatera. Dzięki temu niektóre sceny nabierają niemal filmowego charakteru i zostają w pamięci znacznie dłużej.

Podoba mi się też dbałość o szczegóły. Nawet kiedy bohaterowie znajdują się w środku dynamicznej sytuacji, narrator potrafi zwrócić uwagę na elementy ubioru, konstrukcję broni czy szczegóły otoczenia. W przypadku urządzeń jest jeszcze bardziej precyzyjny, zaglądając właściwie pod obudowę i pokazując, co znajduje się w środku i dlaczego działa właśnie tak.

Jednocześnie język nie jest jednolity. Dialogi zmieniają się zależnie od postaci, jej pochodzenia i sytuacji. Bohaterowie niższych warstw społecznych mówią bardziej potocznie, a w chwilach stresu pojawiają się kolokwializmy i wulgaryzmy. Dzięki temu dialogi nie brzmią sztucznie, a techniczna i momentami podniosła narracja zostaje przełamana czymś bardziej codziennym.

Autor ma też tendencję do nadawania wydarzeniom dużego, niemal monumentalnego ciężaru. Kiedy coś się dzieje, nie jest to po prostu awaria czy wyłączenie światła. Potrafi zmienić się całe miasto, a zwykłe elementy technologicznego krajobrazu nagle nabierają zupełnie innego znaczenia. Pojawiają się obrazy pękającej „osnowy wszechświata”, mroku pochłaniającego monumentalne konstrukcje i świata, który w jednej chwili może przestać działać według znanych zasad. To połączenie najbardziej wyróżnia „Elaboratio”: techniczna precyzja spotyka się tutaj z fantastyką, dynamiczną akcją i momentami bardzo obrazowym, niemal poetyckim językiem.

A Feliks? Nadal próbuje udawać, że doskonale wie, co robi. I całe szczęście, bo dzięki temu w tej pełnej energii, spisków i rewolucji Vezuwii jest również miejsce na odrobinę humoru.

Jeśli lubicie fantastykę łączącą technologię z magią, dynamiczną akcję i światy, w których nic nie jest tak proste, jak początkowo się wydaje, „Elaboratio” zdecydowanie ma czym przyciągnąć.


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Wasilij Machanienko "Alchemik"

Tytuł: "Alchemik"

Cykl: Miasto Umarłych, tom 1

Autor: Wasilij Machanienko

Wydawnictwo: Insignis

Ilość stron: 352

Data wydania: 09-09-2026

Moja ocena: 8/10

 

„Alchemik” Wasilija Machanienki, wydany przez Insignis, to trzecia seria autora utrzymana w klimacie LitRPG.

Czytałam już wcześniej „Świat przeistoczonych” oraz „Drogę szamana” i w obu przypadkach bardzo dobrze działała na mnie narracja autora. Jest w niej coś, co sprawia, że kolejne strony przewracają się właściwie same. Nie inaczej było tym razem.

Co nietypowe, bohaterem „Alchemika” jest… dziesięciolatek. Chłopiec zdecydowanie wydaje się zbyt młody na tak niebezpieczną grę, ale dla Tajlina cyfrowe nazwiska ludzi czy komunikaty od boga pojawiające się przed oczami są po prostu częścią codzienności. Nie rozumie nawet, dlaczego niektórzy ludzie nazywani są graczami.

Tajlin Właszyc nie wie też, jak wiele jego ojciec poświęcił, żeby wybłagać dla niego lepszy los. Bóg graczy nie daje jednak nic za darmo. Do błogosławieństwa dorzuca więc jeszcze… gratisowego potwora.

Tajlin został nauczony posłuszeństwa i przestrzegania określonych zasad. Mimo młodego wieku musi pracować na swoje utrzymanie, bo został sam na świecie. Zajmuje się zbieraniem ziół i właśnie szuka kwiatów dla uzdrowicielki, kiedy przypadkiem staje się świadkiem zbrodni.

Jej sprawca nie zamierza zostawić świadka przy życiu, dlatego Tajlin ucieka. A ucieczka oznacza złamanie zasad, których do tej pory tak skrupulatnie przestrzegał.

Chłopiec spodziewa się kary od boga. Tymczasem odkrywa, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej, niż mu wmawiano. To, w co wierzył i co uważał za oczywiste, zaczyna się rozpadać.

Tajlin poznaje zasady gry, a my odkrywamy je razem z nim.

Od tego momentu chłopiec musi nauczyć się przede wszystkim jednego: jak przetrwać i szybko dostosowywać się do sytuacji.

Znajduje sojusznika, choć jego lojalność również ma swoje granice. Przez pewien czas Tajlinowi towarzyszy niezwykłe zwierzę, liks Ka-Do-Gir. Poznaje także Valję, a w związek z nią angażuje się właściwie przez przypadek.

Ale to już historia na kolejny tom.

„Alchemik” po raz kolejny zabiera nas do świata gry, która obejmuje właściwie cały świat. Tym razem poznajemy go jednak z perspektywy bardzo młodego bohatera, który dopiero uczy się jego zasad, co było ciekawą odmianą.

Autor nie zapomina też o swoich wcześniejszych seriach. W pewnym momencie pojawia się nazwisko Marka Dervina ze „Świata przeistoczonych”, a jednym z przeciwników w walce jest szaman. Takie drobne mrugnięcia okiem do czytelnika są świetnym dodatkiem i fani twórczości Machanienki z pewnością je wychwycą.

Książkę czytało mi się naprawdę dobrze. Akcja rozgrywa się wiele lat po wydarzeniach ze „Świata przeistoczonych”, a choć można zauważyć pewne podobieństwa do wcześniejszych książek autora, nie przeszkadzało mi to w dobrej zabawie.

Historia Tajlina wciągnęła mnie na tyle, że po zakończeniu tomu pozostało mi tylko czekać na ciąg dalszy. 


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko



Katarzyna Grochowska "Idealny kadr". Recenzja patronacka.

Tytuł: "Idealny kadr"

Autor: Katarzyna Grochowska

Wydawnictwo: Szara Godzina

Ilość stron: 344

Data wydania: 22-09-2026

Moja ocena: 10/10

 

Kilkanaście lat temu Pawłowi Wolińskiemu udało się zrobić zdjęcie życia. Akurat tej nocy, gdy jego żona jechała do szpitala, by urodzić ich pierwsze dziecko.

Wtedy nie wiedział jeszcze, jak bardzo zmieni się jego świat. Po latach jest samotnym ojcem, wychowującym dwoje dzieci: nastoletnią córkę Zoję i jej młodszego brata Tymka. Róża odeszła w tragicznym wypadku a jej imię upamiętnia już tylko szyld pracowni fotograficznej Green Rose, pod którym nadal pracuje Paweł.

Fotografowanie ludzi na skraju życia przez lata odciskało na nim swoje piętno. Paweł ma coraz bardziej dość pracy, która zmusza go do oglądania cierpienia ciężko chorych ludzi. Widzą to również jego dzieci. Zoja prosi ojca, żeby zmienił pracę, a Paweł w końcu postanawia jej posłuchać.

Wtedy na jego drodze pojawiają się dwie kobiety. Przypadkowo spotkana Liwia, która przygarnęła bezdomnego psa, oraz Kinga, nalegająca, żeby Paweł przyjął jeszcze jedno, ostatnie zlecenie.

Paweł obiecuje sobie i rodzinie, że naprawdę będzie to ostatni raz. Zlecenie jest dobrze płatne, więc może sporo na nim zarobić. Potem chce rozpocząć nowe życie i znaleźć inną pracę.

Tylko że jest jeszcze coś, co nie daje mu spokoju.

Co właściwie robiła Róża tak daleko od domu w noc, w którą zginęła?

Autorka przez długi czas utrzymuje nas w niepewności i domysłach, co się mogło wydarzyć. Możemy próbować domyślać się prawdy, ale kiedy w końcu poznajemy tajemnicę Róży, okazuje się ona zupełnie inna, niż można było przypuszczać.

Finał naprawdę mnie zaskoczył. Zwłaszcza że Paweł znał swoją żonę, kochał ją i przez lata nosił w sobie pewien obraz ich wspólnego życia. Tym trudniejsze okazuje się odkrycie, że człowiek, którego wydawało nam się, że znamy, może skrywać przed nami tak istotną tajemnicę.

Podobało mi się, że historia nie skupia się wyłącznie na zagadce związanej z Różą.

Dobrze przedstawiona została szkolna rzeczywistość Zoi. Paweł, podobnie jak wielu rodziców, patrzy na swoje dziecko przez pryzmat tego, co chciałby widzieć. Zakłada, że córka jest popularna i dobrze odnajduje się wśród rówieśników, podczas gdy my możemy zobaczyć, jak wygląda to naprawdę.

Relacje Zoi z „przyjaciółkami” pokazują, jak łatwo pomylić popularność z akceptacją, a znajomość z prawdziwą przyjaźnią. Jest w tym sporo prawdy, szczególnie jeśli przypomnimy sobie, jak bezlitosne potrafią być szkolne relacje.

Poruszył mnie też wątek Tymka. To jeszcze dziecko, które dorasta bez matki i zwyczajnie tęskni za jej bliskością. Jego zachowanie nie zawsze jest łatwe dla Pawła, ale kiedy spojrzymy na nie z perspektywy chłopca, który stracił mamę, staje się znacznie bardziej zrozumiałe.

W tej historii spodobało mi się właśnie to, że za tajemnicą kryjącą się za zdjęciem są przede wszystkim ludzie i ich emocje. Żałoba, samotne rodzicielstwo, potrzeba bliskości, próba ułożenia sobie życia na nowo, ale też pytanie, ile tak naprawdę wiemy o najbliższych.

„Idealny kadr” okazał się dla mnie historią, w której zdjęcie jest tylko początkiem. Bo takie ujęcie może zatrzymać jedną chwilę, ale nie pokaże tego, co wydarzyło się przed nią ani tego, co kryje się poza jego granicami.

Katarzyna Grochowska połączyła tajemnicę z historią rodzinną i codziennymi problemami, dzięki czemu nie jest to wyłącznie opowieść o poszukiwaniu prawdy o Róży. To również historia o tym, jak trudno czasem naprawdę zobaczyć własnych bliskich.

Kiedy w końcu odkrywamy prawdę, okazuje się, że za jednym zdjęciem może kryć się znacznie więcej, niż jesteśmy gotowi zobaczyć.


Tekst i zdjęcie: Anna Dyczko, Międzyczas

https://linktr.ee/annadyczko_mczas

https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212

https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

https://www.wattpad.com/user/AnnaDyczko

https://www.tiktok.com/@anna_dyczko