Tytuł: "Wirus?"
Autor: Anna Widawska
Wydawnictwo: Borgis
Ilość stron: 268
Data wydania: 05-09-2025
Moja ocena: 6/10
To młodzieżowy horror osadzony w
przestrzeni aż nazbyt znajomej: w szkolnym korytarzu, gdzie zwykle największym
zagrożeniem bywa kartkówka. Tym razem jednak obok budynku spada meteoryt i od
tej chwili codzienność zaczyna pękać jak szkło pod naciskiem czegoś
niewidzialnego.
Narratorką jest Andorcia,
uczennica, która podkreśla, jak dobrze czuje się w swojej szkole i jak
przyjazna panuje tam atmosfera. Ta początkowa normalność działa jak kontrastowa
rama dla późniejszych wydarzeń. Wkrótce jedna z nauczycielek zaczyna wyglądać
na poważnie chorą, potem dochodzi do zasłabnięć kolejnych uczniów. Objawy są
podobne, niepokojące, a atmosfera gęstnieje z każdą stroną.
Andorcia już pierwszego dnia po
upadku meteorytu trafia w sieci na artykuł o pasożytach mogących przybyć z
kosmosu. Opis ich działania ją przeraża i odtąd dziewczyna zaczyna łączyć
fakty. Rozmawia z nauczycielami i z mamą, alarmuje, próbuje dociec prawdy.
Problem w tym, że dorośli, którzy dotąd stanowili autorytet i gwarancję
bezpieczeństwa, okazują się bezradni. Wszyscy mówią, że „trzeba coś zrobić”,
lecz na słowach się kończy. Nikt nie zawiadamia służb, nikt nie szuka pomocy
poza murami szkoły.
Trudno też nie zauważyć licznych
nieścisłości fabularnych. Andorcia pobiera próbkę meteorytu, lecz zamiast ją
zbadać, zwyczajnie o niej zapomina. Deklaruje ostrożność, ale nie myśli o
rękawiczkach czy jakiejkolwiek ochronie, choć wokół niej szerzy się tajemnicza
choroba. Zastanawia również fakt, że tylko ona dostrzega niepokojące zmiany w
zachowaniu i wyglądzie nauczycieli. Czy naprawdę nikt w pokoju nauczycielskim
nie zauważyłby chorobliwego odcienia czy dziwnej suchości skóry?
Dodatkowo drażni powtarzalność
określeń typu „pani od angielskiego”, „pani od matematyki”, bez imion i
nazwisk. Zabieg ten w praktyce odbiera postaciom indywidualność i pogłębia
wrażenie schematyczności dorosłych bohaterów.
A jednak trzeba przyznać autorce
jedno: potrafi budować klimat. „Wirus?” wyraźnie czerpie z estetyki body
horroru, czyli nurtu grozy, w którym źródłem lęku jest naruszenie ludzkiego
ciała: choroba, mutacja, utrata kontroli nad własną fizycznością. Opisy
pękających naczynek krwionośnych czy zmieniającej kolor skóry są sugestywne,
naturalistyczne i działają na wyobraźnię. Groza ma tu wymiar bardzo cielesny,
lepki, nieprzyjemny.
Styl jest dynamiczny, oparty na
krótkich, rwanych zdaniach w momentach największego napięcia. Narracja
pierwszoosobowa pozwala wejść w emocje Andorci i niemal fizycznie odczuć jej
narastającą panikę oraz izolację. Język pozostaje przystępny, typowy dla
literatury młodzieżowej, ale nasycony silnymi emocjami i pytaniami
retorycznymi, które podbijają tempo. Książkę czyta się szybko, bo autorka
sprawnie dawkuje napięcie, przechodząc od subtelnych sygnałów, że „coś jest nie
tak”, do scen chaosu i przemocy.
Największym rozczarowaniem
pozostaje jednak finał. Rozwiązanie okazuje się zbyt proste, a zakończenie zbyt
jednoznaczne i niemal bajkowe. Horror, który przez większość czasu buduje
paranoiczną atmosferę i gra na lęku przed utratą kontroli nad własnym ciałem, w
końcówce wybiera bezpieczną nutę jedności i wspólnoty w obliczu zagrożenia.
Zamiast niepokoju pozostającego pod skórą czytelnika, dostajemy domknięcie,
które łagodzi wcześniejszy koszmar.
„Wirus?” to więc powieść nierówna: fabularnie pełna uproszczeń i logicznych luk, ale jednocześnie sugestywna w warstwie klimatu. Jeśli przymknąć oko na konstrukcyjne potknięcia, można zanurzyć się w dusznej, paranoicznej atmosferze szkolnego koszmaru. Szkoda tylko, że to, co przez większą część książki pełznie pod skórą jak obcy organizm, w finale traci swoje ostrze.
Tekst i grafika: Anna Dyczko, Międzyczas
źródło zdjęcia w tle: pixabay; naklejki Picsart
https://linktr.ee/annadyczko_mczas
https://www.facebook.com/M-czas-103770337714212
https://www.instagram.com/annadyczko_mczas

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz